Jerzy Bralczyk
Co się nosi w mówieniu?
Mody zawsze były i będą – głównie dlatego, że ich istotą jest zmienność. Co dziś „nosi
się” w mówieniu i pisaniu publicznym? Można wskazać modne słowa („dokładnie”,
„kreatywny”), nowe modne związki frazeologiczne („przyjazny dla otoczenia”, „agresywna
promocja”), modne formy (choćby z przedrostkami „super-”, „mega-”, „post-”).
Dominującymi tendencjami dzisiejszego języka publicznego wydają się jednak:
funkcjonalizacja wypowiedzi i nastawienie na jej atrakcyjność.
Wypowiedź publiczna ma być funkcjonalna. Na licznych szkoleniach, w poradnikach
i podręcznikach uczy się mówienia nie tyle dobrego, ile skutecznego: prezentacji, obiegu
informacji. Słyszałem już nawet o treningu spontanicznych zachowań językowych. Wiara
w możliwość opanowania wzorców skutecznej komunikacji jest podtrzymywana przez
teoretyków i praktyków.
Zmienia się również nastawienie do tekstów publicznych – można mówić o powszechnej
zgodzie na poddawanie się perswazji, a nawet manipulacji. Wiemy, że politykowi nie chodzi
o uzasadnienie swoich racji, lecz o uzyskanie aprobaty. Zgadzamy się na reklamy, których
intencja perswazyjna jest oczywista. Jesteśmy świadomi, że media nastawione są przede
wszystkim na oglądalność, słuchalność i czytelnictwo. Formy komunikacji określane jako
„promocja”, „autoprezentacja”, „kreowanie wizerunku” – uznajemy nie tylko za uzasadnione,
ale nawet społecznie potrzebne.
Mówią do nas publicznie coraz częściej „uznani profesjonaliści”, specjaliści od
skutecznego mówienia: dziennikarze, rzecznicy urzędów i partii. „Profesjonalny” staje się nie
tylko literat, duchowny i filozof, lecz także poeta, kapłan i myśliciel.
Ale pierwszy warunek skuteczności to umiejętne nawiązanie kontaktu, zwrócenie uwagi.
Atrakcyjność językowego komunikatu jest najważniejsza nie tylko w mediach, reklamie
i polityce, ale także w edukacji i religii. Samo słowo „atrakcyjny” zwiększa zakres
znaczeniowy, zmierzając do objęcia nim wszystkiego, co pozytywne, jak kiedyś „dobry” czy
„słuszny”.
Atrakcyjność często polega na dostosowaniu do języka odbiorcy, także do jego oczekiwań.
W ustnych wypowiedziach ceni się tempo, natężenie głosu, akcent – bo zwracają uwagę.
Egzaltacja i przesada wypierają spokojne i rzetelne mówienie. Ludzie publiczni nie tylko
„fascynują się” i „bulwersują” zamiast „ciekawić’ i „niepokoić”, nie tylko mają „pasje”
zamiast „zainteresowań” – sięgają też po określenia do sfery „obłędu”, „odlotu”,
„szaleństwa”. Dla przyciągnięcia odbiorcy narusza się też tabu językowe, aż do agresywnej
wulgaryzacji – nie przepraszam za brak przykładów.
O ile nastawienie na funkcjonalność wiąże się z podejściem serio do języka,
z przekonaniem o jego sile i skuteczności – o tyle nastawienie na atrakcyjność łączy się
z przyzwoleniem na niemal dowolne manipulowanie i bawienie się językiem.
Obie te tendencje zawsze były obecne w mowie. Skłonny jestem jednak sądzić,
że teraz są po pierwsze silniejsze, po drugie coraz powszechniej zauważane, po trzecie zaś
i najważniejsze – zaczynają być społecznie sankcjonowane1. Godzimy się na to, by mówili
1 Sankcjonowane – tu: akceptowane.
do nas i przekonywali nas profesjonaliści, mało, oczekujemy tego. Wiemy, że jesteśmy
uwodzeni przez atrakcyjne teksty, więcej, chcemy tego.
Na podstawie: Jerzy Bralczyk, Co się nosi w mówieniu?, „Polityka” nr 20/2004 r.