Tekst 1.
David Diringer
Alfabet, czyli klucz do dziejów ludzkości
Ile to ludzi próbuje uzmysłowić sobie, czym jest dla ludzkości pismo? Jakże możliwe by
było gromadzenie wiedzy, gdyby nie utrwalano jej znakami pisma? Jeżeli kultura jest – jak
sądzi wielu uczonych – „wiedzą nadającą się do przekazywania” i jeśli pismo stanowi, a tak
jest niewątpliwie, jeden z najważniejszych środków przekazu, to bez przesady możemy
powiedzieć, że jest ono głównym środkiem rozpowszechniania cywilizacji ludzkiej. Wszędzie,
gdziekolwiek istnieje cywilizacja, istnieje także umiejętność czytania i pisania. Było tak
w zamierzchłej przeszłości, jest tak i dzisiaj. Słowo pisane stało się nośnikiem cywilizacji,
a tym samym – również nauki i oświaty. Pismo jest więc jednym z naczelnych aspektów
kultury, wyraźnie odróżniającym ludzkość od świata zwierząt.
Najbardziej oczywistym powodem przedstawionego stanu rzeczy jest fakt, że pismo
nadaje wiedzy ludzkiej trwałość. Bez piśmiennictwa nie może istnieć żadna poważniejsza
wiedza. Gdy badamy początkowe stadia rozwoju kulturowego cywilizacji starożytnej,
jesteśmy zdani na bardzo skąpe i zawsze pośrednie tylko świadectwa. Sytuacja ta zmienia
się dopiero z chwilą wprowadzenia pisma i wytwarzania źródeł pisanych. Historię pisma
należy zatem uznać za jedną z ważniejszych, a może nawet najważniejszą dyscyplinę
historii, za klucz do dziejów rozwoju intelektualnego człowieka.
Nic dziwnego, że w przeszłości darzono pismo wielkim szacunkiem. Starożytni
Egipcjanie za jego twórcę uważali Thota, boga, który wynalazł niemal wszystkie składniki
kultury. Babiloński bóg pisma Nebo, syn Marduka, był zarazem bogiem ludzkiego
przeznaczenia. Według dawnej tradycji żydowskiej wynalazcą pisma był Mojżesz, a według
mitów greckich – Hermes lub inni bogowie. Również starożytni Chińczycy i Hindusi,
podobnie jak wiele innych ludów, wierzyli w boskie pochodzenie pisma. Miało ono zawsze
olbrzymie znaczenie w procesie zdobywania wiedzy i magiczną władzę nad ludźmi
pozbawionymi wykształcenia. Dzisiaj „niepiśmienny” ciągle znaczy niemal tyle co „ignorant”.
W postępie duchowym człowieka – czy ogólniej: w rozwoju cywilizacji – początki i rozwój
pisma zajmują miejsce o znaczeniu pierwszorzędnym, a ustępują doniosłością jedynie
początkom mowy – mowa i pismo są bowiem zasadniczymi środkami porozumiewania się
w obrębie społeczności ludzkiej. Koniecznym warunkiem istnienia pisma, sztuki właściwej
człowiekowi w większym nawet stopniu niż mowa, jest istnienie języka, gdyż słowo pisane to
w pewnym sensie uszlachetniona odmiana języka. Wszelako z pismem jako wynalazkiem
nawet język nie może się równać, jest on bowiem naturalnym atrybutem człowieczeństwa:
człowiek nie stworzył języka, tak jak stworzył pismo. Ludzkość niezmiernie długo żyła bez
pisma i mowa artykułowana bez wątpienia pojawiła się o wiele wcześniej niż pismo.
W ciągu dziesiątków tysięcy lat na wszystkich kontynentach języki rozwijały się,
zmieniały i ginęły bez śladu, ponieważ ginęły mówiące nimi ludy, brak zaś było metody
utrwalania tych języków dla potomności.
Pismo jest graficznym odbiciem języka. Każdy element pisma: znak pisarski, litera,
„hieroglif”, słowo pisane, ma swój odpowiednik w określonym elemencie systemu
pierwotnego, czyli mowy, takim jak głoska lub grupa głosek, sylaba czy słowo mówione.
Pismo jest więc najważniejszą metodą przekazywania mowy i umożliwia wymianę myśli
ludziom, którzy nie mogą się posłużyć mową na skutek odległości w czasie lub przestrzeni
bądź z jakichś innych przyczyn.
Na podstawie: David Diringer, Alfabet, czyli klucz do dziejów ludzkości, tłum. Wojciech Hensel,
Warszawa 1972.
Tekst 2.
Jan Parandowski
Alchemia słowa
Słowem opanował człowiek przestrzeń i czas. Ono wyodrębniało przedmioty z chaosu
zjawisk, dawało im kształt i barwę, zbliżało lub oddalało, mierzyło. W nim ocknęły się
zdarzenia, chwile, godziny, lata, teraźniejszość, przyszłość i przeszłość. Lecz samo słowo
ledwo wymówione przemijało i musiało być na nowo powtórzone, by istnieć, jeśli usta
milczały. Nie istniało poza człowiekiem mówiącym, a jedyną przestrzenią, jaką mogło
pokonać, była ta, którą zdołał przebyć ludzki głos.
Przejście od słowa mówionego do pisanego było nową erą w historii człowieka. Zanim
zatrzymano słowo – dźwięk, nauczono się zatrzymywać rzeczy i zjawiska w obrazie.
Misterium trwania dokonywało się w malowidłach skalnych.
Słowo to budulec literatury, szlachetny i pospolity zarazem. Ani kamień, drzewo, metal,
którymi się posługuje architektura i rzeźba, ani farby, którymi rozporządza malarstwo, ani
dźwięki wydobyte z instrumentów jako materiał twórczy muzyki, nie mogą się porównać
z tajemniczym dostojeństwem słowa. Przez wiele pokoleń, niekiedy przez wszystkie wieki ich
kultury, podejmowano nieustannie ten sam temat, ten sam motyw, ten sam obraz, tę samą
przenośnię, nawet ten sam zwrot, aby szukać nowego układu słów, nowej frazy poetyckiej.
Trzeba się dobrze wmyśleć, wpatrzeć, wsłuchać, aby zauważyć subtelną różnicę tam, gdzie
w pierwszej chwili dostrzegało się kopię. Była to epoka ucha. Każdy wiersz czy każde zdanie
prozy rozważano przede wszystkim w organach głosu. Poezja krążyła bardziej w żywym
słowie niż w książce. Książka była droga i rzadka. Podręczną biblioteczkę, wybór
z ulubionych poetów nosiło się w pamięci. Staranna dykcja recytatorów i aktorów objawiała
zarówno doskonałość, jak i niedostatki utworów. Z wynalezieniem druku zamknęła się epoka
ucha. Zarówno w odczuwaniu poezji, jak i w jej tworzeniu kształt graficzny zdobył znaczną
przewagę.
Druk odebrał literaturze pięknej niejeden z jej uroków, których tak wiele kryło się
w dawnych rękopisach. Książka, rozchodząca się w tysiącach egzemplarzy, całkowicie do
siebie podobnych i bezosobistych, ma w sobie pospolitość masowej produkcji. Jednak poeci
dawno już zobojętnieli na szatę graficzną, w jakiej pojawiają się ich utwory. Większość tak
pragnie je rozpowszechnić, że marzą tylko o tym, by pojawiły się w gazecie, pomieszane
z kroniką wypadków i ogłoszeniami, wytłoczone zużytymi czcionkami na ordynarnym
papierze, który jutro będzie się walał na śmietniku. Trzeba dotrzeć do Chin, żeby znaleźć
starą i wykwintną kulturę wiersza, która szuka swego wdzięku nie tylko w słowach, lecz
także w znakach je wyrażających, w specjalnym ich doborze, w starannie obmyślanej
kaligrafii, w gatunkach papieru i w ornamentach je zdobiących.
Słowo pisane jest odarte ze swego naturalnego środowiska: głosu, mimiki, gestu. Jest
zawsze czymś więcej albo czymś mniej – hiperbolą albo elipsą – zacieśnia i kondensuje
zawarte w nim znaczenie, to znów rozszerza je i podnosi. Jednolitość druku źle rządzi
dynamiką słowa. Równe rządki liter, odlane w niezmiennej formie, odbierają słowom
prężność, nie ma sposobu wyróżnić ich tak, jak to czynią intonacja, akcent, ruch.
Gutenberg zapewnił dziełu literackiemu potężne środki przetrwania nawet największych
katastrof dziejowych. Co prawda, w XV i XVI wieku nakłady były jeszcze tak szczupłe, że ten
i ów inkunabuł1 stał się wielką rzadkością albo i unikatem, lecz odtąd liczba egzemplarzy tak
wzrosła, sposoby konserwacji tak się udoskonaliły i rozpowszechniły, że każda książka ma
szansę nieśmiertelności. Nie można bowiem mówić o śmierci dzieła, dopóki ono istnieje
choćby w jednym egzemplarzu. Przypadek – odkrycie papirusów z ich wierszami –
doprowadził do zmartwychwstania Bakchylidesa i Herondasa, dwóch zaginionych poetów.
Taki sam przypadek albo nagła zmiana zainteresowań mogą zapewnić po wiekach triumfalny
powrót autorom dziś wzgardzonym czy zapomnianym.
Na podstawie: Jan Parandowski, Alchemia słowa, Warszawa 1986.
1 Inkunabuł – książka lub pismo pochodzące z początkowego okresu rozwoju drukarstwa.